Co mają wspólnego kopalnia szafirów na Madagaskarze i pralka Frania?

Nie zacznę chronologicznie. Mroczny poniedziałkowy ranek przywołał wspomnienia wypalonego słońcem Madagaskaru, który od wielu lat zdobywał serca Polaków. Dzisiejsza opowieść będzie o kopalni szafirów.

Garść kolorowych kamieni na dłoni… Wygląda na wielkie bogactwo, ale tak naprawdę z tej kolorowej sieczki trudno wybrać coś wartościowego. Oglądam kamienie przez lupę.

Początkowe wrażenie szybko ustępuje. Kamienie są drobne i potrzaskane w środku. Ale to wszystko szafiry i rubiny. Górnicy oddają je po 2-3 dolary za sztukę, od miejscowego hurtownika kupić je można za dziesięć. Mając szczęście mogą zarobić około 20 dolarów dziennie, ale średnio zarabia się tu 3 czy 4 dolce tygodniowo. I to za cenę własnego życia.

Czy wiecie, co ma wspólnego pralka Frania z madagaskarską kopalnią szlachetnych kamieni? Taka stara z maglem na górze i wirującym środkiem, do której nalewało się gorącej wody, a ona godzinami wirowała w łazience oddychając oparami proszku ixi albo mydlanych płatków.

Jeśli ją pamiętacie, to nie trudno będzie wam wyobrazić sobie madagaskarską kopalnię szafirów. Zwłaszcza, jeśli możecie do takiej pralki wejść. Ciasno, co?
Po kilkunastu godzinach jazdy dojechaliśmy wcześnie rano, czyli w momencie, gdy noc zmieniała się w upalny dzień/ do żółtej wypalonej słońcem równiny rozciętej głębokim na sto czy sto pięćdziesiąt metrów kanionem rzeki, która o tej porze roku nie niosła zbyt wiele wody. W dole widać było drobne postacie ludzkie przerzucające łopatami rzeczny żwir, albo przesiewające na dużych kwadratowych sitach wory dostarczanego z brzegu piasku. Ludzi było bez liku i każdy poruszał się pochylony pod niesionym na plecach ciężarem wydobytego urobku. Długie, kilkusetosobowe rzędy ludzi oczekujących w kolejce do zejścia ze skarpy kontrastowały z kilkunastoma parami górników obracających drewniane kołowroty na wysokiej płaszczyźnie nad rzeką. Zamyślony wyglądałem przez szybę podziwiając egzotyczne widoki, gdy nagłe szarpnięcie samochodu omal nie pozbawiło mnie połowy języka.
Jak jedziesz baranie? - głośno i dobitnie odezwałem się sam do siebie, bo to moja nieuwaga spowodowała wjechanie prawym przednim kołem do „kopalni”. Szczęśliwie nieużywanej kopalni. Wysiadłem z auta i w ostatniej chwili zawisłem na drzwiach. Pode mną był otwór wykutego szybu – właśnie o średnicy pralki Frania. Chwila nieuwagi, albo gorszy refleks pomknąłbym kilkadziesiąt metrów w dół łamiąc sobie kark. „Musicie bardzo uważać” - ostrzegł nas poniewczasie przewodnik. „W ostatni weekend wpadło tutaj do szybu 4 pijanych górników, ich ciał nikt nie wydobył do tej pory.”

No to ładnie, dobrze, że zaczęło się robić całkiem jasno to nie powpadamy w te cholerne dziury. Teraz, gdy słońce stało coraz wyżej nad głową zobaczyłem, że cały płaskowyż usiany jest otworami szybów jak przysłowiowy szwajcarski ser. Część z nich zawalona urobkiem wydobytym z głębi ziemi nie stanowiła żadnego niebezpieczeństwa, ale świeże sztolnie mogły być prawdziwym utrapieniem dla lubiącego zagapić się turysty, który wpatrzony w wizjer kamery mógł łatwo wpaść do głębokiej dziury.

Niedaleko mnie nad jedną z bezdennych na pierwszy rzut oka dziur zaczęła gromadzić się grupa kopaczy. Podszedłem chcąc przyjrzeć się technice wydobywania szlachetnych kamieni. Technika była prosta.

Na płaskowyżu, na którym stałem, należało wykopać dziurę sięgającą do jednego ze starych poziomów rzeki, poziomów, na których w dawnych geologicznych czasach wody rzeki nagromadziły najwięcej odłamków szlachetnych kamieni w tak zwanych okruchowych złożach aluwialnych. Sprawę komplikował fakt, że warstwa ta zalegała na około 80 m głębokości. Gleba była wyschniętą gliną, a zamiast koparki lub wiertni miejscowi górnicy dysponowali małym kilofkiem na krótkim trzonku, młotkiem, dłutem i łopatką.

Poza tym pogłębianie szybu powoduje potrzebę usuwania z niego skalnego urobku. A do tego potrzeba wiadra i windy. Trzeba zagłębiać się szybko, co narzuca małą średnicę otworu – właśnie taką, jak pralka Frania. Ściany szybu należy szalować, żeby zabezpieczyć szyb przed obsypaniem ścian. W Polsce szaluje się takie otwory deskami lub betonem, tutaj drewno jest drogie, więc pomysłowy ludek używa do tego celu… trawy i bambusowych obręczy. No nie wiem, czy zabezpiecza to cokolwiek, ale przynajmniej nic się na głowę nie sypie. Problem kopalnianych wind, bo jednak 80 m to głęboko, co najmniej 4 dziesięciometrowe wieżowce - rozwiązano stawiając nad szybem prosty drewniany kołowrót i motor w postaci dwóch kręcących nim ludzi. Zjeżdża się na dół w wiadrze, które wraca po chwili wypełnione żwirem i gliną zawierającą potencjalnie drogocenne kamienie.

Pozostają do rozwiązania jeszcze dwa problemy. Po pierwsze światło – czołówki elektryczne są nieznane, po drugie powietrze do oddychania. Baterie są drogie i szybko się zużywają, dlatego z pomocą przyszedł wynalazek używany przez budowniczych piramid – lusterko. Ustawione na patyku na samej krawędzi szybu odpowiednio przechylone i skierowane rzuca promyk światła docierający na sam dół szybu – światła jest mało, ale górnik i tak pracuje prawie po omacku, bo nie szuka on kamieni, tylko mozolnie wkuwa się coraz głębiej od czasu do czasu wykładając ściany sztolni trawią bambusowymi obręczami i napełniając wiadro ziemią.
No, ale co z tym powietrzem? – zapytacie. Z powietrzem jest problem... Na dole po prostu go nie ma. Ciężko pracujący górnik zużywa go błyskawicznie, zostawiając z każdym wydechem dużą dawkę trującego dwutlenku węgla. Aby temu zaradzić powietrze dostarcza się na dno szybu pompą. Pompa składa się z dużego plastikowego worka na śmieci, takiego ok. 200 l, węża dostarczającego powietrze na dno i pompy właściwej, czyli kolegi wystawiającego worek na wiatr - żeby się napełnił, a następnie poprzez ściskanie i skręcanie worka - tłoczącego powietrze przez rurkę na dół.

UFF. Naprawdę mocna sprawa. Nic nie jest wykonane tu w bezpieczny sposób. Szalunek z trawy nic nie zabezpiecza. Światło słoneczne oświetla szyb, jeśli jest słońce. Lina od windy z wiadra składa się z kilkudziesięciu poskręcanych ze sobą kawałków starego sznurka i worków plastikowych. A pan Pompa? Szybko się męczy i zużywa, a jeśli nie wieje wiatr, to prawie w ogóle nie działa. A wydobyte stąd kamienie? Też niewiele są warte.
Czasy wydobywania szlachetnych kamieni w ten sposób należą już do przeszłości. Nowoczesne koncerny, albo zorganizowane bogate grupy wydobywcze ochraniane prze dawnych żołnierzy radzieckich z Afganistanu posiadają nowoczesne kopalnie odkrywkowe obsługiwane przez wielkie koparki i płuczki. Wydobywają dziennie więcej kamieni, niż kilkutysięczna rzesza ubogich malgaskich górników. Tu na płaskowyżu i w bieda-szybach tygodniowe straty w zasypanych ludziach sięgają 6-7 osób, tam w wielkich kopalniach straty mierzy się w zepsutych maszynach, albo przestojach spowodowanych brakiem prądu.

Jednak z powodu wielkiego ubóstwa ludności i kompletnego braku pracy głębokie sztolnie-kopalnie pozostaną jeszcze przez wiele lat jedynym źródłem dochodów dla okolicznych wiosek. Tak jak Klondike na Alasce w czasie słynnej gorączki złota będą źródłem nadziei na wielką Fortunę, bogactwo, dostatek jedzenia i dobrobyt dla tysięcy wegetujących tutaj ludzi. A i tak wzbogacą się tylko handlarze.
Trwa ładowanie komentarzy...