O autorze
Niedawno zdałem sobie sprawę, że jestem łowcą-zbieraczem. Dlatego powstał projekt: „POLOWANIA Z MAKARONEM”, którego częścią jest ten blog. Od zawsze podróżowałem daleko, intensywnie i niebezpiecznie. Pierwsze podróże odbyte w wieku szkolnym wiodły mnie przez kartki wszystkich chyba podróżniczych książek wydanych w tym kraju. Niedługo potem, w wieku 19 lat wraz z kolegami z WKP-Warszawskiego Klubu Płetwonurków pojechałem na swoją pierwszą ponad sześciomiesięczną wyprawę do zalanych wodą jaskiń – cenotes na półwyspie Jukatan. I tak już zostało - od ponad 35 lat poluję na przygody: szukam skarbów w zatopionych statkach na morzach południowych, prowadzę safari, spływam na dno mętnych amazońskich rzek po złoto i diamenty, łowię czarny koral, poluje z Buszmenami na Kalahari i plemieniem Badjao na Borneo. Na Molukach wraz z plemieniem Togutil szukam pytonów siatkowanych, na Madagaskarze nurkuję z ludem Vezo. Dlatego cennej wiedzy o tym jak tanio dolecieć na Halmahera, czy Celebes, albo gdzie przenocować w Brukseli szukajcie na innych blogach. Tu będą opowieści o plemionach, których nigdy nie widzieliście, umiejętnościach, o których nie słyszeliście i przede wszystkim o mnie.
Sławomir „Makaron” Makaruk

Puerto Makaron

fot. Sławomir Makaruk
Wszystkim - tym, co do wyjazdu szykują się pomału, tym, co gotowi są od razu i tym już doświadczonym, postaram się podpowiedzieć kilka sposobów podróżowania, których nie znajdziecie tak łatwo w książkach, a wasi saharyjscy, amazońscy i inni przewodnicy wam nie podpowiedzą, bo pewnie nie wiedzą. Dzisiaj krótko o podróżach wodnych, czyli: Łódka Pana Makarona - jak tanio pływać własnym statkiem po Amazonii.

Jak dopłynąć do Puerto Makaron?

No nie, dzisiaj Wam jeszcze nie powiem, jeszcze nie. Mnie zajęło to tak wiele lat, że nie mogę zdradzić tego już w drugim wpisie do mojego bloga. Musicie trochę poczekać. Regularnie tu wracać i szukać nowych informacji. Ale Puerto Makaron naprawdę istnieje.

Nareszcie po Świętach. Minął Nowy Rok, czyli zbliżają się wakacje. Na pewno wiele z Was zastanawia się jak je tym razem spędzić. Szukacie nowych wyzwań, albo nowych ofert w dziwnych biurach podróży. Jedne reklamują się, jako najlepsi przewodnicy saharyjscy – nawet, jeśli nie znają francuskiego, o arabskim to nawet nie wspominam. Już po dwóch pobytach w Tunezji albo przejeździe do Mali przez Mauretanię możecie znaleźć ich dumne ogłoszenia na fejsie lub w necie. Inni używający nazw koniecznie związanych ze słowem „ekspedycje”, albo „wyprawy” mamią nieświadomych Was swoim profesjonalizmem i wieloletnim doświadczeniem.

Co za cholerny pieprzony brak pokory?!!

Prawda niestety jest taka, że na polskim rynku prawdziwych przewodników wypraw jest bardzo mało. Dobre wyprawy oferują nieliczni, a kierunki są dość ograniczone. Dlatego namawiam was na wyjazdy samodzielne. Zacznijcie blisko, potem rozszerzajcie horyzonty i sposoby podróżowania. Macie przed sobą wiele wakacji, a więc do dzieła. Zaczynajcie wcześnie, to znaczy już dziś od pierwszych 10 słów po angielsku – oczywiście, jeśli nie znacie obcych języków. Do tego odrobina treningu – może zombie walking? Taki trucht umierającego, że co, ze słabo to wygląda?

Wstyd? (Wstyd to się zapuścić tak jak ja i wy – no może część z was). Po pewnym czasie dojdziecie od truchtu do prawdziwego biegu i lepszej formy oraz znajomości 100-200 słów angielskich - taki ma być początek. I wyjazd! Za niedaleką granicę, bezpiecznie, wraz ze znajomymi, żeby poczuć się pewnie. Taki mały pierwszy krok do Wielkiej Przygody. Rozkręcajcie się stopniowo, ale… oczywiście, jeśli czujecie się na siłach to skaczcie na głęboką wodę, żeby poczuć smak awantury od razu całą gębą.

Wszystkim - tym, co pomału, tym, co od razu i tym już doświadczonym postaram się podpowiedzieć kilka sposobów podróżowania, których nie znajdziecie tak łatwo w książkach, a wasi saharyjscy, amazońscy i inni przewodnicy wam nie podpowiedzą, bo pewnie nie wiedzą. Dzisiaj krótko o podróżach wodnych, czyli: Łódka pana Makarona - jak tanio pływać własnym statkiem po Amazonii.Dawno, dawno temu w czasach wczesnej pierestrojki miałem okazje podróżować po Pripolarnym, czyli po polsku Subpolarnym Uralu.
Helikopter wyrzucił nas w okolicach góry Narodnej – najwyższego szczytu Uralu skąd pieszo udaliśmy się w kierunku Peczory (300 km?). Jak się na szczęście okazało nie tylko pieszo, ale również łodzią.Łódź to była specyficzna – skrzyżowanie tratwy z pontonem, taki w zasadzie dmuchany katamaran na 4 osoby, który zostawiliśmy sobie w depozycie żywności w połowie drogi nad rzeką Kosju. Dwa gumowe pływaki w brezentowych ochraniaczach związane pociętymi na paski dętkami przywiązane do modrzewiowych żerdzi. Płynęło to doskonale po uralskich, górskich rzekach oszczędzając nasze nogi i plecy - na lądzie pochylone pod ciężarem wielkich plecaków.Dlatego po kilkunastu latach, gdy nadarzyła się sposobność popływania po Amazonii postanowiłem stworzyć ulepszoną wersję naszej uralskiej tratwy. Ulepszoną, bo miała pomieścić więcej osób, a w dalszej przyszłości służyć do transportu Land-Rovera przez rzeki w projekcie pokonania tzw. Panama Gap.Projekt rozpocząłem od znalezienia polskiego producenta, który podjąłby się stworzenia działającego prototypu. Internetowe poszukiwania zaowocowały znalezieniem wytwórcy w Bielsku.
Pojechałem do fabryki, przedstawiłem swoje zwariowane i wymagające plany, które ku mojemu zdziwieniu zostały zaakceptowane bez zastrzeżeń. Po kilku tygodniach zostałem zaproszony do akceptacji i odbioru pływaków.
Pierwsze próby na Zalewie Zegrzyńskim dowiodły, że pomysł miałem dobry, a wykonanie łodzi /tratwy bez zarzutu. Nie pozostało nic innego jak po prostu pojechać do Amazonii...

Pływaki są lekkie, bo dwa ważą łącznie 28 kg, do tego pompka i zestaw naprawczy, razem ok. 35 kg, a niosą kilka ton. Takie kilogramy podzielone na kilka osób można zabrać bez problemu do samolotu. Potem w dżungli poniesie łódź dwóch tragarzy. Oczywiście dochodzi silnik i paliwo, ale przecież na wiosłach tez można płynąć.

Żeby nie przedłużać obejrzyjcie sobie zdjęcia z tajemniczego miejsca o nazwie Puerto Makaron, gdzie Łódka Pana Makarona po raz pierwszy została spuszczona na wodę - i odpłynęła.
Potem jeszcze wielokrotnie używałem jej na wodach Amazonii, ostatecznie spoczęła w workach w biurze naszego najlepszego Konsula Honorowego RP, jakiego znam – Tomasza Morawskiego w Quito w Ekwadorze.
Tam czeka na lepsze czasy i następne wyprawy. Zainteresowanych szczegółami technicznymi odsyłam do producenta takich pływających sprzętów – firmy WATS i obejrzenia kilku zdjęć z budowy w Puerto Makaron. Ewentualnie proszę o pytania. Albo rozpiszę się bardziej szczegółowo w następnym wpisie.


A, i wiecie, co? Fajnie jest mieć swoje Puerto.
Trwa ładowanie komentarzy...