Zdrowa żywność

Kolacja nad rzeką.
Kolacja nad rzeką. archiwum Sławomira Makaruka
Jedzenie na dalekich wyprawach. Zabieramy z domu ,czy decydujemy się na miejscowe, egzotyczne w smaku i wyglądzie, zdrowe? (No przecież miejscowi to jedzą i żyją.) Często odrzucające wyglądem , bez smaku i dla ludzi bez wyobraźni .

Czy zastanawiała was kiedykolwiek kwestia jedzenia na wyprawach? Sprawa tak oczywista jak posiłki na pewno umknęła wielu osobom, zauroczonym kolorowymi zdjęciami egzotycznych roślin, czy „dzikich ludzi”. Różne osoby mają różne potrzeby , ALE JEŚĆ TRZEBA. Pytanie jak zaopatrzyć się w prowiant? Zabrać z domu? Nuda… Lepiej z lasu.

Dzisiaj będzie o zbieractwie. Ale nie o tym, które jako psychiczna choroba dotyka wielu z nas i zmusza do składania opakowań po margarynie, papierków po cukierkach czy starych gazet.

Nie, dzisiaj chciałem wspomnieć o foragingu. Po angielsku oznacza to poszukiwanie, zbieractwo, ale rozszerzyłbym to na wszelkie zdobywanie dzikiego pożywienia. To znaczy na poszukiwanie jadalnych roślin i grzybów, polowanie i łowienie ryb. Dla standardowego mieszczucha ta droga zdobywania pożywienia jest już prawie niewyobrażalna, no może poza wędkarstwem i w Polsce - grzybobraniem. Zawsze jako pierwsze nasuwa się pytanie, czy wydatek energetyczny poświęcony na uganianie się za sarenką zaspokoi z nadwyżką spożycie jej smacznego mięsa? Zapewnię was od razu: zaspokoi i to zaspokoi nawet całą rodzinę lub grupę. Jednak żeby to osiągnąć trzeba mieć: wiedzę ,wprawę plus nieprzewidywalny wkład szczęścia. Zajmę się dzisiaj tymi sprawami dość ogólnie.

Wiedza. Ktoś musi nas dobrze nauczyć, a my musimy być dobrym ,chcącym przyjmować tę naukę uczniem. To zajmuje długi okres czasu, kilka co najmniej sezonów. Niezależnie czy uczymy się odróżniać dobre i smaczne rośliny od niesmacznych, bądź trujących, strzelać z łuku czy strzelby, albo łowić ryby na sztuczną muchę. Potrzeba czasu.

Wprawa. No cóż, powtarzanie czyni mistrza. Czyli potrzeba jeszcze więcej czasu. Ale dzięki temu przechodząc po lesie kątem oka zobaczymy kępkę innych liści pomiędzy korzeniami drzewa, zobaczymy tropy, o których będziemy wiedzieli od razu, ze są świeże, zostawione przed paroma minutami, przez dzika, który zaciągał lewą tylną nogą :)

Albo, jeśli znajdziemy się nad rzeką obserwując wypływające na powierzchnię bąble powietrza wiedzieć będziemy o żerujących na dnie rybach... Dalej to proste: zrywamy, wykopujemy jadalne rośliny do siatki, zarzucamy wędkę z ulubioną przez karpie przynętą, albo łapiąc oszczep sprężystym biegiem udajemy się w pościg za kulejącym dzikiem. Łubudu … jest!
Szczęście. Musi być. Jedni to szczęście mają, inni nie. Bez szczęścia nie ma polowania, ani dobrych połowów. Wiedzą to dobrze np. Buszmeni San z pustyni Kalahari, którzy wróżą o swoim powodzeniu na polowaniu nawet kilka dni wcześniej. Jak nic nie wywróżą, to nie idą. Chyba, że są bardzo głodni.

Czy ja poluję na wyprawach, żeby zdobyć pożywienie? Ze strzelbą - bardzo rzadko, sporadycznie. Chodź broń palną mam często ze względu na bezpieczeństwo, to polowanie zostawiam moim tubylczym przyjaciołom, oni wiedzą lepiej, co jest dobre do jedzenia, i jak to szybko zabić.
Jednak towarzyszę im na polowaniach, kiedy tylko mogę, bo obserwacja plemiennych myśliwych w akcji, we właściwym im środowisku, dostarcza wielkiej przyjemności i budzi mój niekłamany szacunek i podziw.
Zbieractwo roślin i grzybów, jest dla nas obcych w dżungli znacznie trudniejsze niż polowanie, odmienność gatunków zmusza do długotrwałych studiów, albo naśladownictwa „lokalsów”, zresztą dopóki się w coś jadalnego nie wdepnie to zbierackie wycieczki potrafią zająć naprawdę dużo czasu. Znalezione lub upolowane oczywiście zjem dodając kilka innych niż oni przypraw, bo prawie zawsze jedzenie podawane w dżungli jest mdłe dla naszego zniszczonego solą i glutaminianem sodu podniebienia.
Ponieważ jednak wiele z moich podróży związanych jest z wodą, to w wodzie zdobywam większość mojego pożywienia. Jem ryby, wodorosty, małże, langusty i inne dziwne „robaki”, jak na przykład Palolo.

W Amazonii na szczęście ryby łowią się same. Jeśli nie polujemy na specjalne, medalowe okazy, to zdobycie obiadu dla 4 osobowej grupy nie zajmuje więcej jak 10 -15 minut. Piranie, wąsate pancerne sumy, czy tęczowe okonie biorą jak wściekłe i dają się wyciągnąć na brzeg pod warunkiem, że pomiędzy haczykiem, a żyłką umieścimy kawałek solidnego, stalowego drutu. Łowi się takie posiłki pasywnie, cała sztuka polega na wrzuceniu do wody haczyka z przynętą, a potem wybraniu najmniejszych, smacznych ryb.
. Aktywniej, przy odrobinie wprawy ( a więc znowu umiejętności i praktyka) łowi się ryby, albo słodkowodne krewetki przy pomocy oszczepu lub strzelając z łuku. Jednak mój ulubiony sposób to polowania podwodne. Zawsze nad morzem staram się wejść do wody i tak właśnie zdobyć jedzenie, ale polowania podwodne to temat na osobny wpis, zwłaszcza, że tak wiele nurkowań za rybami zapadło w moją pamięć przez „ostatnie” 35 lat.

Obiecuję, że przy najbliższej okazji opowiem wam, jak polowania na ryby w Meksyku uczą hiszpańskiego i co z tego wynikło dla czarnej Manueli Marii Vasques. Hmmm, chociaż tego akurat to już wam raczej nie opowiem...
ZOBACZ TAKŻE:
WIĘCEJ NA TEMAT:
Podróże
Skomentuj