O autorze
Niedawno zdałem sobie sprawę, że jestem łowcą-zbieraczem. Dlatego powstał projekt: „POLOWANIA Z MAKARONEM”, którego częścią jest ten blog. Od zawsze podróżowałem daleko, intensywnie i niebezpiecznie. Pierwsze podróże odbyte w wieku szkolnym wiodły mnie przez kartki wszystkich chyba podróżniczych książek wydanych w tym kraju. Niedługo potem, w wieku 19 lat wraz z kolegami z WKP-Warszawskiego Klubu Płetwonurków pojechałem na swoją pierwszą ponad sześciomiesięczną wyprawę do zalanych wodą jaskiń – cenotes na półwyspie Jukatan. I tak już zostało - od ponad 35 lat poluję na przygody: szukam skarbów w zatopionych statkach na morzach południowych, prowadzę safari, spływam na dno mętnych amazońskich rzek po złoto i diamenty, łowię czarny koral, poluje z Buszmenami na Kalahari i plemieniem Badjao na Borneo. Na Molukach wraz z plemieniem Togutil szukam pytonów siatkowanych, na Madagaskarze nurkuję z ludem Vezo. Dlatego cennej wiedzy o tym jak tanio dolecieć na Halmahera, czy Celebes, albo gdzie przenocować w Brukseli szukajcie na innych blogach. Tu będą opowieści o plemionach, których nigdy nie widzieliście, umiejętnościach, o których nie słyszeliście i przede wszystkim o mnie.
Sławomir „Makaron” Makaruk

,,Im więcej wiesz, tym mniej nosisz", czyli co zabrać do dżungli

Autor i jego nieśmiertelna *(prawie) walizka Pelican
Autor i jego nieśmiertelna *(prawie) walizka Pelican archiwum Sławomir Makaruk
Co zabrać na „męską” wyprawę ? Żeby przeżyć w tym nietypowym dla mieszczucha otoczeniu? Jak zwykle są co najmniej dwie odpowiedzi. Pierwsza to: prawie nic, druga - dużo.

Dżungla, Selva, Tajga, Puszcza, czy jakikolwiek inny termin opisujący trudno dostępne leśne obszary naszej Ziemi, to rzeczywiście męska rzecz. Albo w każdym razie tak przez ludzi odbierana. Londonowska przygoda, prawdziwe „niedźwiedzie mięso", może czekać na was tuż za progiem, na przykład w północnej Szwecji, albo trochę dalej, gdzie trzeba już dolecieć samolotem, a potem dopłynąć łodzią, czyli w dżungli. Pobyt w dżungli to nie sanatorium. Wiele ludzi powtarza, że tam też żyją inni, rodzą dzieci i dożywają późnej starości.
To prawda, tyle tylko, że mieszkańcy tych odległych rejonów niosą ze sobą brzemię doświadczenia wielu pokoleń swoich współplemieńców, uzupełniane codziennie o własne nowe doświadczenia. My - tak na prawdę - „przechodnie”, czyli miejskie gapy, skazani jesteśmy albo na miejscowego przewodnika, albo na naszego pyszałkowatego miejskiego współplemieńca, który bałwochwalczo mieni się znawcą lasu. Albo jeden, albo drugi chce nam doradzać we wszystkim.

Jeden obarczony poprzednimi doświadczeniem z mieszczuchami i chęcią zarobienia pieniędzy na nieświadomym gringo doradzi wam wypożyczenie wszystkiego, co tylko możliwe i zatrudnienie wielu pomocników. Od kucharza, tropiciela, fotografa i pomoc obozową po specjalistę od motorówki i jego pomocnika. Drugi, "zaufany"- bo z Polski - nakłoni was do zakupów w zaprzyjaźnionym sklepie, gdzie rachunek wielokrotnie przekroczyć może wartość lotniczego biletu na miejsce. Dopiero w dżungli okaże się, że większości zakupów nawet nie rozpakujecie.
Nie chcę oczywiście oskarżać wszystkich przewodników, bo są wśród nich bardzo dobrzy fachowcy. Kłopot polega na tym, że bardzo trudno ich znaleźć.

[No tak, już kolejny raz jadę po tych przewodnikach, ale jakoś zawsze się na nich zawiodłem, albo chcieli mnie oszukać – mala suerte - niefart].

W naszym kraju mógłbym wam polecić jakieś 4-5 osób, a ci najlepsi powoli wycofują się z tego biznesu. Za granicą przez 30 lat spotkałem 4 osoby godne zaufania i mojego polecenia. I pamiętajcie, że zawsze dostajecie to, za co zapłacicie. Czyli dobrze to drogo. Bardzo dobrze to bardzo drogo. Innego wyjścia nie ma.

Dobrze, ale co na tę męską wyprawę zabrać? „Co zabrać ze sobą…”, żeby przeżyć w tym nietypowym dla mieszczucha otoczeniu? Jak zwykle odpowiedź jest dwojaka? Pierwsza to: prawie nic, druga - dużo rzeczy.

Zajmijmy się pierwsza odpowiedzią.
Mój buszkraftowy [buschcraft – z ang. znajomość lasu] guru Mors Kochański – polak z Kanady zajmujący się, co prawda głównie strefą lasów borealnych powiedział:

„The more you know, the less you carry”, – co po polsku znaczy nie mniej ni więcej tylko: „ Im więcej wiesz tym mniej nosisz”.

I tej zasady staram się obecnie trzymać. Obowiązuje ona tak samo na pustyni jak i w górach, czy na tropikalnych wyspach. Zakładając, że nie zależy mi na komforcie przebywania i mój pobyt w deszczowym lesie nie będzie przekraczał powiedzmy, tygodnia zabrałbym tylko:

1. Nóż
2. Zapałki – nie krzesiwo, tylko zabezpieczone zapałki
3. Płachtę do spania i zabezpieczenia od deszczu
4. Płyn na komary/kleszcze
5. Podstawową mikroapteczkę w kieszeni spodni
6. Hamak z moskitierą – ale to już luksus
7. Kwadratową menażkę do gotowania i spakowania pozycji 1 do 4

Niewiele powiadacie? No tak, ale tak naprawdę można by to jeszcze ograniczyć. Kłopot polega na tym, że takie podstawowe sprzęty nie zapewnią żadnych luksusów. Wycieczka z nimi będzie survivalem w czystej formie, a tak naprawdę ja udaję się do dżungli w jakimś określonym celu, na dłuższy czas, do pracy i dlatego stos zabieranego dla mnie sprzętu rośnie w zastraszający sposób. Dlatego zabieram również:

1. Mapy i pomoce nawigacyjne – kompas i GPS
2. Latarkę czołówkę – żeby mieć wolne ręce do pracy, nie nadepnąć w nocy na przysłowiowego węza jak się na stronę idzie
3. Zapasowe ubrania i bieliznę, oraz skarpetki, – ale uwierzcie mi i bierzcie jak najmniej – i tak wszystkie suche rzeczy będą mokre w 10 minut po ich założeniu
4. Środki higieny osobistej
5. Namiot – wygodny z suwakiem otwieranym od góry
6. Zapas jedzenia liofilizowanego
7. Grot – trójząb do łowienia ryb i krewetek
8. Składaną piłkę Silky lub Gerber, albo podobną dobrej marki
9. Czajnik –Vulkan – najszybsze urządzenie do gotowania wody
10. Filtr do wody Katadyne – bo lubię pić wtedy, gdy chcę, a nie wtedy jak ostygnie

11. Telefon satelitarny – żeby zadzwonić do żony i córki, albo do kolegów do ich biura w Warszawie, żeby ich trochę podenerwować (do celów ratunkowych tez może posłużyć)
12. Skrzynkę pana Makarona lub beczkę pana Makarona w zależności czy będę pływał łódką czy nosił wszystko na plecach. Chociaż ostatnio, w związku z nieubłaganie płynącymi latami, podczas poszukiwań na wyspie Halmahera w archipelagu Moluków miałem ok. 30 tragarzy do noszenia mojego sprzętu, więc lista rzeczy do zabrania wydłużyła się znacznie. Ale to, mówiąc słowami Kiplinga, już zupełnie inna historia.

Lista szeroko pojętego dżunglowego sprzętu biwakowo–survivalowego może rosnąć w nieskończoność, i można długo dyskutować przydatności każdego z nich. Zdziwieni pewnie jesteście, że na liście tej brakuje podstawowego atrybutu awanturnika-podróżnika, czyli maczety. Otóż nie, nie zapomniałem o niej. Maczeta lub bushknife jest jednym z moich ulubionych elementów survivalowego wyposażenia, który mam w domu na ścianie.
Z każdego wyjazdu w dzikie strony przywożę ze sobą charakterystyczny dla danego obszaru nóż używany przez miejscowe plemiona i dokładam go do kolekcji. Na wyjazdy natomiast zabieram ze sobą PARANG- rodzaj rozklepanego tasaka, który wykonał dla mnie 20 lat temu kowal z Kota Belud na Borneo. Parang jeździ ze mną wszędzie, wzbudzając u różnych leśnych ludzi zrozumiały podziw. Jest często kopiowany i nie zdziwię się, jeśli za kilkadziesiąt lat jakiś nowy następca Heyerdahla stwierdzi, że plemiona Borneo odwiedzały Amazonię, bo używane przez nich maczety są podobne…

To kopiowanie wzorców widać wyraźnie u wielu ludów, które zaczęły mieć częstsze kontakty z innymi kulturami, czy to przez licznych turystów–podróżników, czy też poprzez satelitarną telewizję. Obecnie w Amazonii, w zagubionych, odległych wioskach widuje się w indiańskich czy tez kaboklowych chatach telewizory. Na specjalnie wykarczowanej polanie ustawione są skierowane w kosmos anteny, a wioska potrafi sprzedawać wspólnie swoje wyroby, żeby kupić benzynę do jedynego generatora. Wieczorami w określone dni ogląda się wspólnie telewizje, dziwiąc się i zaśmiewając z kompletnie niezrozumiałych sytuacji kreowanych przez białych ludzi w szklanym pudełku. Ale dzięki TV spotkałem się z użyciem kusz i masek do polowań podwodnych u Indian znad rzeki Orinoko, którzy powiedzieli, że ten sposób zdobywania ryb zobaczyli w telewizji. Widziałem tam również wioskową ekipę TV, która z tekturowych pudeł i pustej butelki na kiju zrobiła kamerę TV i naśladowała ekipę reporterów nagrywając wywiad ze swoimi kolegami.

Parę lat temu ze zdziwieniem zobaczyłem, że „ikona” współczesnego telewizyjnego survivalu Bear Grylls tez używa paranga, ba nawet wypuścił jeden sygnowany swoim nazwiskiem. Pisząc ikona nie piszę tego z przekąsem. Bearowi zazdroszczę barwnego życiorysu, niezłomnej postawy i telewizyjnej charyzmy. Zazdroszczę, ze udało mu się porwać do telewizora tłumy ludzi na całym świecie, a mi przypomnieć wiele odwiedzanych miejsc.

Tyle dygresji. Dość siedzenia w domu. Kierunek jak rozumiem wybrany. PROSZĘ JECHAĆ W ŚWIAT!

*walizka Pelican - ta ze zdjęcia służy mi od 1991 roku . Producent twierdzi, że jest odporna na wszystko łącznie z atakiem niedźwiedzia, ugryzieniem rekina i podeptaniem przez słonia. Gwarancja nie dotyczy zabaw dzieci do lat 5. Po 25 latach używania - zgadzam się.
Trwa ładowanie komentarzy...