Wielkie przygody za małym progiem

Prawie jak w dżunglii
Prawie jak w dżunglii fot. S. Makaruk
Kiedyś marzyłem o wielkim świecie, o dżunglach, pustyniach i górach, które będę przechodził w poszukiwaniu skarbów, nowych odkryć geograficznych, czy po prostu przygody. Teraz marzę jeszcze więcej, tylko czasu na wyprawy na inne kontynenty mniej i kolegów chętnych na ciężkie, długotrwale ekspedycje - też mniej.

Zaczynałem bardzo wcześnie - mając 19 lat pojechałem na kilka miesięcy do Meksyku. Potem prawie 30 lat jazd po całym świecie, a teraz lekkie wyhamowanie, zatrzymanie mentalne, mniejsze kroki i spojrzenie blisko dookoła siebie. Teraz marzę jeszcze więcej, tylko czasu na wyprawy na inne kontynenty mniej i kolegów chętnych na ciężkie, długotrwale ekspedycje - też mniej. Mniej zleceń z telewizji na przygotowanie projektów w stylu Discovery czy National Geographic. Siedzę w domu, pracując nad sprawami, które nic mnie nie obchodzą, ale zjadają czas i wysysają bezcenną w moim wieku energię. Dni bez znaczenia i chorobliwie szare, pomimo wkraczającego pełnym słońcem gorącego lata. Generalnie załamka i powolna utrata szacunku do samego siebie.

No nie, mówię sobie - przecież nie utonę, ja, ja mam utonąć w bagienku nieinteresujących intelektualnie spraw? NFW.

Potrzebuję lekarstwa dla mojego rozleniwionego ciała i zawalonej bzdurami głowy. ROŚNIE MI WAGA I CIŚNIENIE, ZARAZ UMRĘ. Myśl człowieku, myśl - od czego zacząć?

Wiem od czego, przecież każdy z was wie - od sprawności fizycznej, ale póki co, na siłkę nie pójdę, bo nigdy nie potrafiłem się tam odnaleźć. Na szczęście są koledzy i ich pomysły. Po kilku nieudanych akcjach i próbach różnych aktywności dałem się namówić na Krav Magę.

Zapaliło, zacząłem regularne treningi z wiarą, że umiejętność takiej agresywnej samoobrony na pewno przyda mi się kiedyś w moich podróżach. Początki były okropne, rzekłbym poniżające, ale zniosłem je, obwiniając tylko siebie o taki stan rzeczy. Dzisiaj, kilka miesięcy później, wiem, że to był dobry ruch ( przy okazji - DZIĘKI J.C.). Ciśnienie spada, waga powoli też, część mojego ja odpowiedzialna za ruch i lęki zaczęła czuć się dowartościowana, lecz ta druga, dzika część cierpiała nadal. Pojechałem do Kostaryki, ale w pobyt w tym ucywilizowanym kraju nie pomógł mi na długo. Musiałem szybko coś wykombinować, coś, co zaspokoiłoby głód przygód.

Zacząłem analizować wszystkie za i przeciw, moje możliwości finansowe, czasowe, ograniczenia narzucone przez innych. Wtedy właśnie coś (czyli ta cudowna siła sprawcza , która wrzuca do mojej głowy różne zwariowane pomysły) powiedziało mi: wróć do podstaw, do rzeczy które robiłeś dawno temu, powoli rozpocznij od przygody za progiem. Może koledzy prezesi - którzy nie mają już czasu na 3-miesięczny wyjazd na Borneo znajdą wolny wieczór i pojadą z tobą na noc nad Bugiem?

Zaraz, nie, lepiej zacznij od siebie, a potem, jak ci się spodoba to zaproś innych , małą grupę nie więcej jak 3 czy 4 osoby. Spróbowałem, no i zaczęło się… WIELKIE , choć małe przygody.

Szybki spływ kajakiem zagrodzoną zwalonymi drzewami rzeką, przeprawy na dętce nocą przez Wisłę, przejście przez bagna w Kampinosie - wszystko prawie jak w amazońskiej dżungli, tylko komary u nas znacznie gorsze i węży więcej
Powoli odbijam się od dna, umysł nabiera świeżości z każdym najkrótszym nawet wyjazdem, mięśnie wiedzą już, że nie służą tylko do utrzymywania kręgosłupa w prawidłowej pozycji przy kompie, kurczą się boleśnie i radośnie po noclegu w hamaku nad brzegiem rzeki. Przypominam sobie smaki potraw z ogniska / smażyliście kiedyś jajko w papierowej torebce na żarze?/czy liofilizatów. Z roześmianą gębą z obrzydzeniem zjadam batony dające mi “parę” na parę godzin spędzonych w piance w środku bagna. Generalnie odżywam, regeneruję tymi małymi przygodami z za progu swoje ciało i umysł.
Nie, oczywiście nigdy nie zrezygnuję z eksploracji świata, ale...

Te małe przygody są balsamem na moje udręczone codziennością jestestwo.
Te treningi ciała i umysłu są tak trudne jak chcę - wszystko to kwestia ustalenia zasad, wyjścia poza strefę mojego komfortu. Każdemu na miarę możliwości - wyzwaniem może być nocleg w śpiworze na piasku nad Wisłą albo pierwsze gotowanie na ognisku i zjedzenie zadymionego posiłku, albo maraton. Przyjmijcie, że wschód słońca wygląda lepiej oglądany z poziomu śpiwora pośród falujących traw niż z ekranu telewizora. Dlatego wyjdźcie z pudełka codzienności i nie bójcie się konfrontacji z nieznanymi sytuacjami.

Róbcie przygodę na swoją miarę. Opuszczajcie swój Mordor, kiedy się da. Samemu lub lepiej z przyjacielem, który też dusi się morowym powietrzem biura. Nie zaczynajcie od triathlonu, spróbujcie na początek spływu kajakiem, potem spływu w nocy, na bezpiecznej małej rzece. Zauważycie swoje braki fizyczne (przynajmniej część z was), ale to dobrze, bo jak mnie wskaże wam to kierunek działania, kierunek do poprawy...

Zadbajcie o swój rozwój fizyczny, a gwarantuję, że intelekt poczuje się szczęśliwszy. Niekonwencjonalne przygody tuż za progiem przysporzą wam nowych doznań i nowych znajomych.
Być może inni zechcą się do was przyłączyć, a w grupie raźniej i bezpieczniej. Wspólnie możecie podnosić poprzeczkę i wymyślać nowe wyzwania. Zróbcie sobie plan na kilka najbliższych tygodni. Minimum jedną przygodę w tygodniu i jedną w weekend. Niezależnie od pogody. Ale, jak chcecie, to cztery albo pięć. Na początek pożyczcie śpiwór i karimatę , a jak wam się spodoba, to kupcie sobie później podstawowy sprzęt biwakowy. Jeśli nie wiecie jaki, napiszcie mi maila, chętnie pomogę.

Makaron

PS Parę dni temu natknąłem się na blog amerykańskiego podróżnika propagujący microadventures - mikroprzygody - przygody za progiem i w zasięgu ręki. No cóż, jak widać wszyscy mamy te same potrzeby niezależnie od wieku i miejsca zamieszkania, tylko ja nie potrafię się tak dobrze sprzedać
Trwa ładowanie komentarzy...